Władysław Kaźmierczak
„Rzeźba jako miłość bezgraniczna”, „EXIT” 3(59) 2004 str. 3470 – 3473
Rzeźby Sylwestra Ambroziaka, jego twórczość zajmuje wyjątkowe miejsce w sztuce. Nie tylko w sztuce tworzonej w Polsce. Ale na świecie, w Europie. Na czym polega ta wyjątkowość? Polega przede wszystkim na zdecydowanie oryginalnym mówieniu o człowieku. Tzn. na prezentacji takiego punktu widzenia, który prawie w ogóle nie występuje już we współczesnym świecie. Albo występuje szczególnie rzadko. Jak ruch hippisów i Woodstock. Jak John Lennon czy George Harrison. Lub w jak odległej historii misja św. Franciszka ze swoją miłością do ludzi i zwierząt.
Rzeźby Ambroziaka są rzeźbami antropologicznymi. Są takie, jak większość rzeźb na świecie. Różnią się jedynie tym, że mówią nam o człowieku z miłością bezgraniczną. O każdym człowieku. Mówią nam o jego bezradności, samotności i wyciszonych, sekretnych emocjach. Mówią nam, że wszystko to co mamy, to nasze ciało, które szybko przemija. Że jesteśmy chwilowymi, groteskowymi posiadaczami jakiejś cielesności. Że najpierw jesteśmy apolityczni, areligijni, akulturowi i aspołeczni. Że jesteśmy tylko ludźmi. Że w gruncie rzeczy w ogóle się nie różnimy. I jesteśmy o tym coraz bardziej przekonani, kiedy oglądamy kolejne rzeźby artysty.
Tylko, że w tą elementarną prawdę wątpi wielu ludzi. Wątpi wiele krajów, miast i narodów. A właściwie, to każdy z nas wątpi. I możemy zaraz dodać, że wszystkie nieszczęścia tego świata biorą się z niezgody na tak postawioną tezę. Niezgody na wypowiedzenie dość oczywistego stwierdzenia: wszyscy jesteśmy tacy sami – bezbronni, samotni, zagubieni. We wszechświecie i wśród bliskich. Paradoksalnie, do innego – nieprzyjaznego – myślenia o innych ludziach jesteśmy codziennie zmuszani przez religię, politykę, kulturę, obyczaje, społeczne hierarchie i zasady. Jesteśmy moralnie zobligowani do tworzenia absurdalnych roszczeń mówiących o naszej wyjątkowości czy wielkości i do szukania uzasadnień, by zdobyć „jakąś moc” i poniżyć innych. By nie kochać innych ludzi.
Artysta dokonał dla siebie, na użytek swojej misji, dość intrygującego odkrycia. Postąpił dokładnie odwrotnie, niż rzeźbiarze w starożytnym Egipcie. Zamiast szukania cech indywidualnych każdej postaci zaczął szukać cech wspólnych. Wynalazł dla nas wspólną twarz. Wspólne oczy i nosy. Wspólne usta. Wynalazł wspólną głowę dla ludzi. Znacznie większą. Wspólne nogi, tułów i ramiona. I podobną, miękką, ludzką formę. Oczywiście wiemy, że takich ludzi nie ma naprawdę.
Jakby przy okazji, zauważyłem w rzeźbach Ambroziaka nietypową zależność. Jego rzeźby trzeba oglądać bezpośrednio. Osobiście. Dopiero w bezpośrednim kontakcie wyzwalają one swoją siłę. Każda fotografia – nawet najlepsza – oszukuje nas. Nie pokazuje nam proporcji rzeźb w relacji z naszym ciałem. A właśnie intrygujące i cenne jest zaburzenie tych proporcji – niekoherentność z rzeczywistością. Fotografia nie uwidacznia nam subtelnych różnic fakturalnych, kolorystycznych, które są równie istotnym i znaczącym aspektem tych rzeźb.
Pozostaje jeszcze kwestia inspiracji i umieszczenia twórczości artysty wśród współczesnych tendencji w sztuce. No właśnie, i tutaj mamy kłopot. Łatwiej byłoby nam znaleźć podobne myślenie formalne w malarstwie i rysunku. Być może idea „uniwersalnego człowieka” istniała wcześniej w rzeźbie afrykańskiej, być może wpływ dramatycznego, ekspresjonistycznego myślenia artystów z lat 80-tych był w przypadku tej twórczości bardzo ważny. Ale widzimy też wpływ rzeźby ludowej z naszego kręgu kulturowego i poniekąd wpływ twórczości Jerzego Beresia, który już w latach 60-tych uciekł od klasycznego myślenia o formie rzeźbiarskiej zaburzając wyobrażenie wszystkich, jak powinna wyglądać rzeźba. Zresztą precyzyjna identyfikacja formalna nie jest już aż tak ważna, jeśli artysta mówi o rzeczach doniosłych.
Możemy jedynie stwierdzić, że rzeźby Ambroziaka są wstrząsające, porażające wręcz, ponieważ całkowicie nie są podobne do swojego środowiska. Tj. do swojej dyscypliny – rzeźby. Negują wielką tradycję rzeźby związanej z władzą, patetyczną historią narodów i jej bohaterów. Są dokładną odwrotnością poszukiwania i prezentowania wszelkiego patosu. Nie mają też nic wspólnego z wielką tradycją modernistyczną. Nie wiemy, nie jesteśmy przekonani, czy jego rzeźby zbliżają się do postmodernistycznego myślenia o sztuce. Być może. Ważniejsze jest inne odniesienie, które wymieniliśmy na początku: zbliżają nas do myślenia o człowieku z miłością bezgraniczną.
