Mariusz Knorowski „Wewnętrznie Cię przypominam”

Mariusz Knorowski

„Wewnętrznie Cię przypominam”, Kwartalnik Rzeźby „Orońsko”, ISSN 1239-6703, nr 3(56), 2004, str. 3-5

Sylwester Ambroziak należy do średniego pokolenia artystów. Swoją obecność na polskiej scenie artystycznej zaznaczył bardzo wyraziście u schyłku lat 80-tych. Jego twórczość trudno przeoczyć także dziś, czego dowodem są liczne wystawy i towarzyszące im publikacje. Wyjątkową pozycję zawdzięcza Ambroziak konsekwencji obranej drogi twórczej. Definiują ją zarówno: niezmienność konwencji formalnej (figuracja), jak i niezłomność wyborów natury etycznej, zauważalna w poetyce jego wypowiedzi. Wyróżnikiem emocjonalnym rzeźby Sylwestra Ambroziaka pozostaje nadal dramatyczne crescendo, w owym czasie kojarzone z egzaltacją Neue Wilde i programowym antyestetyzmem. Obecnie, stanowi ono rozpoznawalną sygnaturę autora, okrzepły indywidualny styl, uzupełniony niepowtarzalną topiką jego opowieści o człowieczym losie. Nie była to zatem doraźna kalkulacja wynikająca z koniunktury estetycznej. Była to świadoma decyzja wpisania się w nurt ekspresjonistycznej narracji. Nurt ponadczasowy, o złożonej genealogii (rzeźba archaiczna, prymitywna, ludowa), stylistycznie odmienny zarówno od analitycznego formalizmu, jak i estetyzującej metaforyki rzeźby współczesnej.
Być może więc, tkwi w tej sztuce jakieś uniwersalne przesłanie, dla ważności którego autor zdecydował się na łatwo przyswajalną, czytelną formę, nawet za cenę narażenia się na zarzut epigonizmu.
W bezpośrednim spotkaniu Sylwester Ambroziak jawi się jako osobowość afirmatywna, życiowy optymista – niewykluczone, że z wyboru hedonista – na pewno spełniowy w swych życiowych rolach dojrzały mężczyzna. Temperament artysty stoi w niejakiej sprzeczności wobec wizji człowieka, którego ta twórczość tak sugestywnie opisuje. Jego bohaterowie robią wrażenie jak gdyby byli potomkami Hioba. Doświadczają cielesnych i duchowych katuszy. Wystawiają na próbę swoją wiarę, nie mogąc pojąć rozumem ogromu nieszczęść, które ich spotykają. Ich wyolbrzymione, o zunifikowanej fizjonomii głowy ciążą zawsze ku dołowi, stają się stygmatem, znakiem napiętnowania. Niekiedy, wspierają się nawzajem w swoim bolesnym doświadczeniu. Braterstwo gestów, objawy czułości, dowody miłości – to świadectwa archetypowej więzi i ponadczasowej solidarności. Robią to w tak przekonywujący sposób, że nasza percepcja wzrokowa przechodzi natychmiast w autentyczną emocjonalną empatię. Może nawet odkrywamy własną tożsamość wśród tych pokrzywdzonych, których rozpoznajemy jako nieobojętnych nam bliźnich. Niewykluczone, że udało by się udowodnić psychologiczną hipotezę, że to traumatyczny opis upokorzonego i zniewolonego środowiska plemiennego (zdegradowane socjalną nędzą społeczeństwo późnego PRL-u bez możliwości pełnej samorealizacji) w cieniu którego kształtowała się osobowość młodego artysty. Symptomatyczne jest pojawienie się w tym czasie figury polskiego „übermenscha” – uwikłanego dodatkowo w patriotyczny i martyrologiczny kontekst. 
Tkwi w tej sztuce, w relacji artysta-dzieło, jakaś nieprzenikniona tajemnica, której nie- przejrzystość wydaje się być intrygująca. Być może jej wytłumaczeniem jest idea compassio, spotykana w cyklach pasyjnych (np. motyw Pietá). Wyrażała ona w ludzkim wymiarze sens współczucia i współodczuwania, na styku świata boskiego i ludzkiego, tam gdzie dramat boski dokonywał się w ludzkim wymiarze.
Sylwester Ambroziak wielokrotnie poruszał podobne wątki, ilustrując ludzkie dramaty w scenach biblijnych (Ofiara Izaaka, Adam i Ewa, Kain i Abel, Powrót syna marnotrawnego). Wiele wskazuje na to, że jego wrażliwość nakazała mu stać się orędownikiem ludzkiej niedoli, będącej następstwem kosmicznego rozdziału tego, co boskie i ludzkie, wzniosłe i przyziemne. Jego postacie są twardo stąpającymi po ziemi istotami, naznaczonymi piętnem grzechu pierworodnego, w trudzie i znoju wiodącymi swój rustykalny żywot. Ich cielesny kształt, to zaprzeczenie absolutnej doskonałości człowieka stworzonego na obraz i podobieństwo Boga. Ich fizyczność to przeciwstawny biegun idealizacji i antropomorfizmu, który w kanonie rzeźby starożytnej stanowił wykwit ludzkich aspiracji do doskonałego, ponadczasowego appolińskiego piękna. To nie są jakieś antropoidalne twory o monstrualnych cechach i ułomnych proporcjach, tylko zwyczajni utrudzeni ludzie, zmaltretowani fatalizmem swego losu, niosący swoje życiowe jarzmo potomkowie Adama. Umartwieni, a jednak spontaniczni w swych działaniach, nie na tyle upokorzeni, żeby wyrzec się swego człowieczeństwa i pragnienia szczęścia. Niekiedy i im się ono przytrafia, gdy pląsają w bachicznych pozach. A więc może wątki dionizyjskiej wesołości stanowią w dialektyce tego świata naturalną przeciwwagę, dopełnienie zakłóconej przedwiecznej harmonii.
Rzeźby Ambroziaka nie odczytujemy bynajmniej w kategoriach teratologii, turpizmu, brzydoty, wynaturzonej karykatury lub makabrycznej groteski, które wytwarza masowo współczesna ilustracja spod znaku fantasty. Mimo fizycznej ułomności tych postaci, emanuje z nich szlachetna godność, która stanowi ich walor duchowy. Przy całej ich szorstkiej powierzchowności dumnie manifestują spolegliwość, która staje się świadectwem braterstwa tej wspólnoty nieszczęśników. 
Nieznane jest mi artystyczne credo Sylwestra Ambroziaka wygłoszone wprost. Moje intuicje skłaniają mnie jednak do przekonania, że wchodząc w rolę demiurga tego świata, artysta stara się jego mieszkańcom zadośćczynić za całe ich niezawinione nieszczęście, które ich spotyka na ziemskim padole. Stwarza dla nich alternatywny świat (namiastkę utraconego raju), w którym ideał dobra niekoniecznie kojarzony być musi z ideałem piękna. Jeżeli nawet nie są to ludzie w pełni spełnieni, to na pewno są instynktownie dobrzy, zdani na samych siebie – skazani na miłość, której sami dla siebie stanowią źródło.