Krzysztof Żwirblis „Ekspresja archetypów”

Krzysztof Żwirblis

„Ekspresja archetypów” katalog wystawy „Sylwester Ambroziak: Rzeźba – Rysunek”, Galeria Sztuki Wieża Ciśnień, Konin 2004

Rzeźby Sylwestra Ambroziaka przywodzą na myśl sztukę epoki archaicznej, afrykańską i polinezyjską, które odzyskali dla współczesności artyści wielkich awangard. Możemy znaleźć wiele odniesień dla jego „minotaurów”, ale najważniejsze będą dwa źródła: przedklasyczna sztuka cywilizacji śródziemnomorskiej – pnia, z którego wyrośliśmy i sztuka egzotyczna. Widoczne jest to od razu, bez długich rozmyślań. Ważne, że włączone zostały do słownika artysty nowoczesnego, jego przeżywania świata i formy, na którego język miała także wpływ uwalniająca energię Ekspresja lat 80. Najważniejsze, jeśli pozostawimy szczegółową analizę, będą wyraz i znaczenie każdego układu, każdej postaci niepokojąco przypominających nam sztukę odległą w czasie i przestrzeni a jednocześnie chwytających nasze tu i teraz. Co znaczą sytuacje, w których znajdują się postacie Ambroziaka ich układy, tańce, odwrócenia plecami, związki kontemplacyjne, miłosne czy agresywne, to trwanie wobec naszej wspólnej tajemnicy? Podkreślają wagę i znaczenie każdego bytu i gestu. Wywleczenie na wierzch naszej zwierzęcości wyraża przekonanie artysty o większej szczerości świata tych prostszych, nie maskowanych relacji. Echo dobrego dzikusa Jana Jakuba Rousseau, czy przekonanie o wrodzonej dobroci człowieka? Według shinto człowiek rodzi się czysty, dopiero później przykleja się do niego brud świata, który musi z siebie strząsać. Sylwester zrzuca ze swoich postaci cywilizacyjny nalot ukazując je oczyszczone, nagie nie tylko cieleśnie ale także duchowo. Przygląda się im z sympatią a jednocześnie pokazuje trwałość, niezmienność natury, która dyscyplinowana wielkimi religiami, systemem edukacyjnym, podziałem pracy, językiem, rodzinną tresurą jest dalej pełna zwierzęcej energii i prostych odruchów. Można powiedzieć „bodajby była”, bo przecież przekonanie o większej toksyczności, agresywności, tego świata, który stworzyliśmy stało się dla artysty powodem wyboru archaizowanej formy. Formy, której źródła upatruje w dziecięcej jeszcze fascynacji rzeźbą sakralną. Wielkie barokowe krucyfiksy parafialnych kościołów Mazowsza, naprężenia i tektonika ciała Ukrzyżowanego to źródło tych człekokształtnych postaci. Postaci uchwyconych w wyrazistych gestach – czystych i syntetycznych. Rzadko kiedy można znaleźć tak doskonałe przedstawienie tańca-walki, jak w monumentalnej grupie „Kobieta i mężczyzna” z roku 1999 – symetrycznej i wyważonej o dwóch przeciwstawnych kierunkach. Czyni ona z relacji dwóch postaci szlachetne i patetyczne spotkanie. Dalekie jest to od chaotycznej brutalności, jaka towarzyszy obecnie rywalizacji płci. Równie silnie można przeżyć płacz kobiety z patynowanego brązu, do którego nieklasycznie doklejone są szklane łzy (1990/91). W olbrzymiej i silnej postaci, której wielkość współtworzona jest przez materiał, podkreśla to prywatność, wewnętrzność stanu, którego łzy są krzyczącym wyrazem. Differentia specifica tych prac są silnie podkreślone cechy płciowe. Zwisające, przeskalowane członki, nie tylko znaczą i mówią o sile tej energii, w której Freud kazał dopatrywać się źródła wszelkiej twórczości, są także niezbędnym elementem kompozycji, potrzebnym pionem. 
Akademia to tradycyjna pracownia rzeźbiarza w drewnie prof. Kulona i progresywna, teraz już medialna, pracownia prof. Grzegorza Kowalskiego. Opuszcza ją artysta wolny i otwarty także na tradycyjne materiały. Rzeźbiarz, który do ostatniej chwili musi być ze swoją pracą. Nie pisanie fotograficznymi obrazami, ale praca z materiałem, który się dotyka i gładzi do osiągnięcia ostatecznego kształtu a później jeszcze czuwa kiedy się sam patynuje. Materiałem jest drewno i brąz odlew w technice wosku traconego, kiedy rzeźby i tak w skutek swojej wielkość ważą tyle, co niezły pomnik.
Dlaczego jednak tylko ta forma, czy stała się pułapką, czy w miarę uproszczonym, czystym językiem, który zawsze będzie do nas przemawiał poprzez swoją figuralność i ekspresyjność wynikającą ze świadomej brutalizacji?
Przestrzeń galerii jest już za ciasna dla tych prac – ich rozmiary, kontrastowy materiał dają możliwość anektowania przestrzeni otwartych, publicznych. Świadomie teatralne i przystawione do gościńca życia na pewno poruszałyby odbiorcę nieprzygotowanego. Miały już swoje premiery w małym niemieckim miasteczku czy na ostatnim festiwalu „Sztuka ulicy”. Czują się świetnie i w kontekście prac innych artystów, i umieszczone na bruku. Wychodzą nagle z odmętów podświadomości, wspólnej historii naszego gatunku. Konfrontują dzisiejszego przechodnia ze świata wąskich specjalizacji z czasem większym, kiedy szybciej poruszały się duchy pomiędzy niebem a ziemią i światem podziemnym. Może tu leży to „coś” zwłaszcza, że artysta brał się za tematy odnoszące się do naszych archetypów poczynając już od dyplomowego „Kuszenia świętego Antoniego”, kiedy to premierę miała także jego forma rozwijana do dzisiaj. 
Jak odbiera się teraz prace, które nie dość, że operują tradycyjnymi materiałami i są figuralne to jeszcze w naszych ponowoczesnych, medialnych czasach wyrastają z modernistycznej tradycji, z tego odnowienia sztuki przez heterogeniczne inspiracje.
Ich współczesność jest innego rzędu. Chcą się przecież mierzyć z tym, co wieczne i symbolizować, przedstawiać wielkie tematy odwołując się i do rzeźby kultowej religii astrobiologicznych, i do przeżyć, które mają swoje źródło w grozie jaką budziła rzeźba figuralna w czasach prehistorycznych. Odnoszą się do konstytutywnych doświadczeń naszego kręgu kulturowego, ale jednocześnie przypatrują mu się z dystansu. Pokazują, jak powierzchowne jest bezpieczeństwo i cywilizacyjne ciepełko, że mimo ogólnej tendencji ku dobru jesteśmy na samym początku drogi.