Agnieszka Rayzacher
„Scenariusz dla zaklętych w drewnie” (katalog wystawy „Sylwester Ambroziak – Wewnętrznie Cię przypominam”
Muzeum Rzeźby Współczesnej, CRP Orońsko, maj – sierpień 2004
Miejska Galeria Sztuki w Łodzi, styczeń – luty 2005
Galeria Stary Browar, Poznań, wrzesień – październik 2005)
Wierzyłam, że nienawiść, miłość czy śmierć zstępują na nas, jak ogniste języki w Wielki Piątek. Myślałam, że można promieniować nienawiścią czy śmiercią. Co za pomyłka! Tak, rzeczywiście myślałam, że istnieje coś takiego, jak „Nienawiść”, że umieszcza się w ludziach i wynosi ponad ich samych. Ale naprawdę istnieję tylko ja, która nienawidzę, ja, która kocham. I właśnie to, czyli ja, to jest zawsze to samo, ciasto, które rozciąga się, rozciąga…
Jean-Paul Sartre „Mdłości”
Odwiedziłam Sylwestra Ambroziaka w jego mieszczącej się w warszawskim Wawrze posiadłości. Wysoki mur otacza działkę na której mieszczą dwa domy. Jeden z nich w budowie. W jego części mieści się pracownia artysty. Drugi stoi tu od lat i pamięta zapewne czasy, gdy mieszkańcom tych okolic nie śniło się nawet, że kiedyś będzie tu miasto. Teraz dom po przeróbkach stracił już charakter chałupy, ale o jego korzeniach przypominają typowe stare drzwi i daleki od rezydencjonalnego, klimat wnętrza. Widać, że właścicielom nie zależy na posiadaniu domu na wysoki połysk, atmosferę ogrzewa staroświecka koza, do której gospodarz dorzuca od czasu do czasu drew. Wiejska sielanka pół godziny od centrum Warszawy.
Zanim wejdę do wnętrza domu, w ogrodzie, którego charakter można określić jako „raczej angielski” wita mnie wysoka smukła kobieta, bynajmniej nie partnerka artysty. To rzeźba powstała na początku lat 90. – naga postać z brązu patynowanego na biało. Mam wrażenie, że trzęsie się z zimna. No i płacze. Na jej olbrzymiej buzi widzę niebieskie łzy ze szkła. Nic sobie nie robi z mojej obecności, nawet nie przyczesała niesfornej, przypominającej irokeza czupryny, długie ręce schowała za siebie – nie krępuje jej nagość, ale najwyraźniej ma coś przede mną do ukrycia.
Rzeźby Sylwestra Ambroziaka mówią językiem ciała. Językiem uniwersalnym, którym porozumiewamy się wszyscy i który wszyscy rozumiemy. Ale nasze gesty są chwilowe – znikają w potoku przekazywanych informacji. Ambroziak za pomocą piły, siekiery i wreszcie dłuta zaklina w drewnie ekspresję. Ruch zamiera i nabiera znaczenia. Potoczność zostaje zatrzymana.
Prawie do połowy lat 90. Ambroziak tworzył swoje rzeźby odwołując się lub inspirując ikonografią sztuki sakralnej. Tematyka biblijna i religijna służyła jednak artyście za punkt wyjścia do rozważań o wymiarze uniwersalnym. Również historia i mitologia stawały się nośnikiem współczesnego przekazu (Jeździec Polski albo Europa, Polski Übermensch). Nie po raz pierwszy, choć u Ambroziaka pierwotna, „nieokrzesana” forma rzeźb, sprawia, że metafora wydaje się głębsza, choć zarazem bardziej oczywista.
Powstały w 1990 roku Szczepan dedykowany ofiarom AIDS wyje z bólu upokorzenia, kamienowany brakiem akceptacji, odtrąceniem. Znany z ikonografii chrześcijańskiej, świątobliwy i pełen pokory gest złożonych do modlitwy dłoni Protomartyra, artysta zastępuje dzikim, a jednocześnie pełnym naturalnej, ludzkiej rozpaczy aktem „rozdzierania” twarzy rękoma. Cierpienie pierwszego męczennika i jego niemal zwierzęcy gest to przeciwieństwo cichej boleści chorych. Szczepan krzyczy w ich imieniu. Nie potrzebuje figur kamienujących go oprawców, aby dać wyraz swojemu udręczeniu. Odważnie wznosi głowę ku niebu. Być może bluźni, obraża, złorzeczy? Oskarża. Czynił to przecież pierwszy męczennik w stosunku do Żydów, którzy zarzucali mu obrazę boskiego majestatu. „O wy, ludzie twardego karku, opornych serc i uszu! – Zawsze sprzeciwialiście się Duchowi Świętemu. Postępujecie tak samo, jak wasi ojcowie. Któryż to z proroków nie był prześladowany przez ojców waszych? Pozabijali nawet tych, którzy przepowiadali przyjście Sprawiedliwego. Teraz zaś wy zdradziliście Go i zgładzili, wy, którzy za pośrednictwem aniołów otrzymaliście Prawo, ale wcale nie przestrzegaliście go” (Dz 7,51-53). Czyniąc wyrzuty Bogu i ludziom współczesny Szczepan wciąż jednak klęczy. Łkanie i rozpacz to jego modlitwa, podobna do tej, jaką wznosi cierpiący człowiek z Psalmu 22: „Boże mój, wołam za dnia, a Ty nie odpowiadasz, i w nocy, a nie znajduję ukojenia.”
Ambroziak współczesny stał się bardziej subtelny od buńczucznego, pełnego niezgody chłopaka, który stworzył w 1989 roku jako swoją pracę dyplomową Kuszenie św. Antoniego. Rzeźba wywołała święte oburzenie i konsternację wśród ciała profesorskiego. Po zamkniętych naradach, uznano, że Ambroziak, ostatecznie dyplom obroni. Postawiono jednak warunek – miał zabrać pracę z „widoku publicznego”. Ale świeżo upieczonemu adeptowi było już wszystko jedno, a najmniej zależało mu na wystawie w, hołubiącej go do jeszcze niedawna jako „młody talent”, ASP. Któż by przypuszczał, że to niechlubne, przynoszące ujmę warszawskiej akademii wydarzenie, zapoczątkuje trwającą do dziś (i niestety nie słabnącą) atmosferę skandalu wywoływaną wokół sztuki. Za sprawą „afery Ambroziaka” pierwszy rok wolności, stał się pierwszych rokiem zniewolenia i spętania umysłów. I tak, jak to się dzieje również i dziś, nikt nie toczył dyskusji wokół wartości artystycznych pracy. Istotne było to, że autor odważył się zszargać symbol. Artysta proponując ludzką, bardziej ogólną interpretację sakralnego wątku, czyli ukazanie świętego jako pełnego wątpliwości człowieka (co zresztą jest zgodne z jego ikonografią), sam został „skazany na potępienie”.
Odniesienie wątków biblijnych do współczesności, uczynienie z nich uniwersalnej opowieści o człowieku świadczy o dużej odwadze młodego wówczas, dwudziestoparoletniego artysty. Nie trzeba przypominać, że przełom lat 80. i 90. Był w Polsce czasem szczególnym. Ale ani możliwość pozornie niczym nieograniczonej swobodnej twórczości, ani pokusa, jaką stanowiły nowe media, nie złamały Sylwestra Ambroziaka. Trwał przy swoim i wbrew wyczerpaniu się wraz z końcem lat 80. języka figuracji, tworzył rzeźbę figuratywną. Pozostał przy najbardziej klasycznej formie – tworzy przede wszystkim w drewnie i brązie. Walczy z wielkimi klocami drewna stojąc na uboczu „tendencji”. Jest świadkiem kolejnej fascynacji figuracją, jaką przeżywają młodzi artyści. Nie bardzo się tym przejmuje. Był dojrzałym artystą mając niespełna trzydzieści lat, choć do dziś pozostaje chłopcem bawiącym się w konstruktora i cieślę. Rysunki postaci, które być może zostaną wyrzeźbione, stają się autonomicznymi pracami. Studia ruchu i gestu, zaznaczone nerwową kreską lub delikatnym muśnięciem.
Sylwester Ambroziak ma temperament twórcy filmów animowanych. Jego postacie są wyraziste, o przerysowanych cechach, a duże głowy tylko z pozoru identyczne. Dwumetrowy Mężczyzna z 1997 roku mimo swojej postury zdaje się być małym chłopcem, który coś przeskrobał. Jego smutek i rezygnacja wzbudzają sympatię. To już nie jest pełen zaczepnej energii Szczepan. Buźki drewnianych dzieci z 2002 roku są słodkie i niewinne. Małe postacie stoją we czwórkę – głowy mają wzniesione, a ciała naprężone. Czekają na coś – nagrodę, pozwolenie, znak od osoby, która nad nimi góruje. Twarze Kobiety i mężczyzny z 1999 cechuje powaga i skupienie. Ich przeciwstawne pozy, odległość na wyciagnięcie ręki i trwanie w przedziwnym tańcu, każą domyślać nieustającego napięcia pomiędzy tą parą.
Taneczność, gestykulacja, sugestywny ruch (lub bezruch) potężnych figur z drewna lub ich mniejszych wersji odlanych w brązie, a nawet nietrwałych woskowych modeli, sprawia, że postacie tworzone przez Ambroziaka śmiało mogą wziąć udział w castingu do współczesnej animacji. Rzeźby te ustawione we wnętrzu zdają się być po prostu gośćmi, którzy przyszli z wizytą i czują się raczej swobodnie w zwyczajnej, niewyszukanej scenografii. Zresztą niewiele ich to obchodzi – mają sporo własnych problemów.
Film musi mieć przecież scenariusz. Sylwester Ambroziak, posiada wyobraźnię godną autora scenariuszy dramatów obyczajowych. Oto dwie objęte serdecznie przyjaciółki. Usiadły jak małe dziewczynki, nie dbają o pozory. Wpatrzone w przestrzeń, rozmyślają – ta rzadka chwila bliskości ma w sobie coś uroczystego. W drugiej scenie młoda kobieta siedzi u wezgłowia starszej. Opłakuje ją? Żegna? A może tylko okazuje czułość? Materiał filmowy Ambroziaka jest bardzo plastyczny i poddaje się wyobraźni. Inna para – siedzący obok siebie kobieta i mężczyzna mają opuszczone głowy. Są zrezygnowani, nie potrafią się porozumieć, coś pękło. Ale przecież nie tak dawno byli tych dwojgiem, którzy obejmują się w namiętnym uścisku! Może wszystko się ułoży i znów przystąpią do tańca jaki szykuje im wspólne życie.
Tworzona przez Ambroziaka właściwie od zawsze, a ze szczególną konsekwencją od połowy lat 90., mitologia współczesności może nie być czytelna przy pierwszym kontakcie z pracami. Z pozoru powielany schemat twarzy-masek i potężnych, choć zarazem gibkich i „zgrabnych” ciał, daje iluzję udziału w pierwotnym obrzędzie. Ambroziak-rzeźbiarz, Ambroziak-reżyser, nie zapuszcza się jednak na Czarny Ląd lub w mroki prehistorii. Terenem jego działań jest przecież codzienność, której banał odziewa w nieco egzotyczny kostium. Artystę najbardziej interesuje temat trudny do zdefiniowania, umykający gdzieś w wirze powszednich zajęć – relacje między ludźmi. Uczucia i nieumiejętność ich okazywania. Napięcie jakie rodzi zmęczenie zwyczajnym życiem. Chwile uniesień. Dramaty małe i większe. Ambroziak przekazuje to, co niewypowiedziane, co wydarza się w przestrzeni pomiędzy ludźmi. Nadaje temperaturę zwyczajnym gestom – delikatnemu dotykowi, czułemu objęciu, namiętnemu uściskowi. Skala i różnorodność emocji jakimi operuje artysta sprawia, że znalazłszy się w pomieszczeniu lub sali galeryjnej wypełnionej jego pracami widz może mieć wrażenie przebywania w uczuciowym kalejdoskopie. Albo… na palnie filmu, który nieustannie realizuje Sylwester Ambroziak.
