To nieprawda, że sztuka współczesna najlepiej czuje się w muzeach i centrach sztuki. Nie można zaprzeczyć, że ma tam najlepsze warunki prezentacji, ale i bezpieczeństwa, konserwacji i przetrwania przez wieki lub przynajmniej dziesięciolecia. Jednak jeśli chodzi o kontakt z publicznością, różnie to bywa. Tak się składa, że nowe, piękne i nowoczesne muzea sztuki, których ostatnio powstało w kraju kilka, a następne wciąż będą powstawały, świecą najczęściej pustkami. Poza wernisażami, które są przede wszystkim okazją do spotkań środowiskowych oraz dniami bezpłatnymi, kiedy zaglądają tam młodzi miłośnicy kultury, którzy wolą pieniądze za bilet przeznaczyć na inne przyjemności, jak kawa czy piwo. Tak się dzieje w Warszawie, Krakowie, Olsztynie i Katowicach także. Oczywiście, co jakiś czas jakaś wystawa, najczęściej zagranicznego klasyka, działa jak magnes i do sal wystawowych ściągają tłumy. Ale niestety to rzadkość.
Czy to wina placówek wystawienniczych? Raczej nie, bo bez względu na to, czy w danym mieście już otwarto nowe muzeum lub centrum, czy jeszcze nie,sytuacja nadal jest nieciekawa. Bo przecież nie da się w kilka sezonów nadrobić półwiecznych zaległości w budowaniu systemu placówek kulturalnych. Wina publiczności? Że jest za słabo wyedukowana, niezbyt wrażliwa, otwarta? Znów możemy odpowiedzieć o dekadach zaległości w systemie edukacji. Czy wina artystów? Pewnie tak, bo – przynajmniej ci najlepsi – zbyt rzadko tworzą „pod publiczkę”… Ale to już żart.
Nie ma jednej recepty na poprawę sytuacji: by zapełnić sale wystawowe, zwiększyć zainteresowanie szerokiej publiczności kulturą wysoką, podnieść poziom satysfakcji artystów, którzy czuliby się bardziej zrozumiali i akceptowani. Nie ma jednej recepty, ale to nie znaczy, że nie należy się starać.Jedną z form prezentacji sztuki współczesnej i przyciągania szerokiej publiczności jest umieszczanie jej dzieł w przestrzeni publicznej. To sprawdzony sposób, dzięki którym światowe metropolie pięknieją, a szary przechodzień ma szansę bezpośredniego zetknięcia się z pracą Henry’ego Moore’a, Joana Miro,Richarda Serry, Jeffa Koonsa czy Igora Mitoraja. No właśnie, ale na dzieła tej klasy artystów mogą sobie pozwolić tylko wielkie metropolie. A co z mniejszymi metropoliami? Czy nie mają szans na upiększanie swojej przestrzeni?
Trzeba w tym miejscu przypomnieć, że w szarym i siermiężnym PRLu, w latach 60. XX wieku, zaistniało zjawisko, które należałoby uznać za jedno z najcenniejszych w dziedzinie polityki kulturalnej tamtego i mogłoby być naśladowane przez dzisiejsze państwo. Mowa o programie umieszczania w przestrzeni miejskiej dzieł sztuki nowoczesnej. W latach 60. i 70. rzeźby i murale trafiły naprawdę „pod strzechy”. Oczywiście, był to swoisty wybieg władzy,która dzięki promocji sztuki współczesnej na ulicach miast czy na skwerkach osiedlowych, starała się ukryć fakt złej jakości budownictwa socjalistycznego.Nic dziwnego, że ochoczo przyjmowano inicjatywy artystów, nierzadko bardzo wybitnych i awangardowych. Inna sprawa, że za nimi poszły tłumy artystów mniej zdolnych, którzy po prostu skorzystali z państwowej koniunktury. Dziś żałujemy zarośniętych krzakami i zardzewiałych rzeźb np. na warszawskiej Woli(od niedawna rekonstruowanych) lub prac nawet tak wybitnego artysty, jak Władysław Hasior, którego realizacje w Szczecinie i nie tylko uległy dewastacji.Mniej żałujemy dziwacznych rzeźb na skwerkach osiedli z wielkiej płyty lub murali na fasadach małomiasteczkowych obiektów użyteczności publicznej lub w restauracjach. Zakrywają je coraz wyższe zarośla, a murale znikają przy okazji ocieplania budynków i „ozdabiania” ich niezwykle jaskrawymi tynkami. A więc,gdy już do cna zarosną krzakami rzeźby i skute zostaną ostatnie murale, pozostanie nam tylko wątpliwy urok jaskrawych tynków i tysięcy, równie jaskrawych, reklamowych bilbordów, szyldów i bannerów. To katastrofa, zadająca gwałt naszej wizualnej wrażliwości.
OK, na rzeźbę Moore’a czy Serry lub Koonsa nie stać większości kas samorządowych w kraju (nawet zakup rzeźby Mitoraja, średniej wielkości, biorąc pod uwagę inne realizacje np. w Paryżu czy Londynie, i umieszczenie jej w przestrzeni krakowskiego Rynku, ściągnęła na włodarzy miasta gromy krytyki, że szastają pieniędzmi podatników; nie pomogły nawet tłumaczenia, że cena nie była zbyt wygórowana, a autor był absolwentem tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych). Ale czy godne naszej przestrzeni są tylko tego typu dzieła, często raczej powielane w nieskończoność kopie, niż oryginały? Czy liczy się tylko nazwisko twórcy, najlepiej zachodniego, i rekordowa cena, zapłacona przez Urząd Miasta za jego pracę?
Nie twierdzę wcale, że nazwisko Sylwestra Ambroziaka nie liczy się na krajowej i zagranicznej scenie artystycznej, bo znaczy bardzo wiele, ani nie myślę,żeby właściciele Galerii Szyb Wilson szczególnie mało zapłacili artyście za rozbudowaną instalacje rzeźbiarską „Ogród niewiniątek”, bo to nie moja sprawa.Twierdzę natomiast, zwłaszcza w odniesieniu do powyżej zanotowanych słów wstępnego komentarza, że to znakomita inicjatywa: świetny projekt o najwyższej jakości artystycznej, zrealizowany przez jednego z najwybitniejszych polskich rzeźbiarzy, na zamówienie wiodącej na Górnym Śląsku, ale nie tylko, prywatnej galerii sztuki współczesnej, umieszczony w przestrzeni publicznej, w bezpośrednim sąsiedztwie zrewitalizowanych zabudowań pobrowarnych, gdzie funkcjonują biura prywatnych firm i gdzie zwykle jest duży ruch.
Idea, której powinien pozazdrościć prywatnej galerii prezydent Katowic, a może jeśli nie pozazdrościć, to spróbować ją rozwinąć w szerszym zakresie całego miasta i regionu. Zwłaszcza biorąc pod uwagę duże zaniedbania, od dziesięcioleci, w sferze rekultywacji zdewastowanych, pokopalnianych i poindustrialnych terenów Śląska. Na szczęście od ćwierćwiecza ten proces stopniowo postępuje, choć oczywiście można by się było spodziewać większej aktywności,zwłaszcza w sferze angażowania artystów różnych dyscyplin w dzieło przemian. Z tym większą uwagą należy spojrzeć na projekty prywatne w tej dziedzinie,projekty z zakresu rewitalizacji za pomocą kultury i sztuki, rekultywacji artystycznej.
Podjęta przez Galerię Szyb Wilson inicjatywa jest nieoczywista, odważna i być może nawet ryzykowna, bo rzeźby Ambroziaka nie są ozdobnymi gadgetami,nie są ładne, ani przyjemne. Sztuka współczesna nie musi być ładna i przyjemna, ważniejsze, by nie była obojętna widzom, a prace Ambroziaka zdają się to gwarantować. Mogą się nie podobać, mogą być odrzucone przez publiczność, w dodatku przypadkową, nieprzygotowaną. Ale mogą też stać się symbolem tej części miasta, dumą jej mieszkańców. Oby tak się stało. Bo dzieło artysty jest tego warte i odwaga inwestorów także.
Sylwester Ambroziak jest absolwentem Wydziału Rzeźby warszawskiej ASP, zadebiutował wystawą indywidualną w 1990, reprezentując wówczas nurt Nowej ekspresji, najsilniejszego kierunku niezależnej sztuki lat 80. XX wieku. Od samego początku wyraźnie jednak zaznaczył swoją odrębność oraz bardzo oryginalny i łatwo rozpoznawalny styl. Wciąż jest artystą niezależnym, niezwiązanym z żadną uczelnią, ani galerią komercyjną, wystawiającym od początku lat90. w kraju i za granicą. Jego dorobek wystawienniczy jest naprawdę imponujący i obejmuje ponad 80 pokazów indywidualnych i udział w kilkuset zbiorowych. Prace znajdują się w licznych kolekcjach krajowych i zagranicznych, państwowych i prywatnych. Dziś, w wieku 51 lat, z blisko 30-letnimdorobkiem, jest właściwie jednym z klasyków współczesnej rzeźby polskiej, choć wciąż zaskakuje nowymi pomysłami i formami twórczości. Ostatnio tworzy także filmy animowane i multimedialne instalacje.
Z Szybem Wilsona jest związany od wielu lat. W tej galerii miała miejsce jedna z najważniejszych retrospektyw jego twórczości w 2007,anonsowana przez dziennikarza „Gazety Wyborczej” tytułem, może trochę na wyrost:„Pierwszy skandalista III RP”. Również teraz, przy okazji premiery „Ogrodu niewiniątek”, w Szybie odbędzie się wystawa jego prac, a na 2017 planowana jest duża retrospektywa. Jest więc Ambroziak dość silnie związany z Katowicami, a teraz jego dzieła pozostaną tu na stałe.
Na„Ogród” składają się dwadzieścia dwie rzeźby wykonane z barwionej żywicy epoksydowej, w konwencji charakterystycznej dla autora. To właściwie instalacja rzeźbiarska usytuowana wzdłuż ulicy i w ogrodzie zrewitalizowanego kompleksu dawnego browaru w Szopienicach. Obie jej części przedzielone są parkanem, który niektóre wyrzeźbione postaci starają się przekroczyć. Płot oddziela od siebie poszczególne prace, ale także je łączy. Dodatkowo, wzałożeniu autora, rzeźby mają wchodzić w interakcję z widzami, czyli po prostu przechodniami.Będzie to dla nich zaskakująca sytuacja: przy ulicy, którą zdążają do pracy lub spacerują, przy drodze, która niczym, jak dotąd nie odróżniała się od raczej szarego otoczenia, którą dobrze znają, nieraz od lat,nagle dojrzą wyłaniające się z trawy grupy kolorowych, człekokształtnych, nagich rzeźb. Jakby z innej, niecodziennej rzeczywistości. Snu, filmu, gry komputerowej? Intrygujące, zastanawiające, ciekawe, bez sensu? Każdy będzie mógł odpowiedzieć sobie na to pytanie.
Pisał w swojej odautorskiej eksplikacji autor: „„Ogród niewiniątek” kusi, zachęca do dociekliwości. Pod pozorem urozmaicenia, a przy pomocy rzeźbiarskiej teatralizacji, transformuje sytuację ulicy. Niejako odbija ruch przechodniów, ale przekształca go, uzupełniając o brakujące kierunki. Składające się na instalację figury w dwójnasób zmierzają w głąb. Pierwotnie ukształtowane, monstrualne a zarazem niewinne, podążają do dzieciństwa. Pocieszne, o pisklęcych ślepiach i owczych nozdrzach, z pękatymi brzuchami, beztrosko i statycznie dryfując, zanurzone w sobie, niczym medytujące powłoki,przedstawiają jednocześnie scenę przedostawania się „na drugą stronę”, do środka ogrodu. Same –fizycznie zredukowane, za to bogatsze o spokój i świeżość– odbijając ruch przechodniów, kierują się do świata własnych odbić. Poprzez niewinne zawieszenie –jako zjawy– przekraczają granicę, aby wydobywać dziewiczość, ukrytą za winklem poprzemysłowego krajobrazu. Rzeczywistość hardego konturu zostaje zdystansowana przez złudę? Być może.Ale również wsparta wyłomem, który powstaje w twardych realiach, aby sugerować głębię kontrastów i możliwość piękna, jakie się z nią wiąże”.
Krzysztof Stanisławski
