Michał Haake
Figury embrionalne
Kto raz zobaczy rzeźbę Sylwestra Ambroziaka, nie pomyli jego twórczości z żadną inną. Czy artysta powtarza się? Tak – tak samo, jak powtarzali się ci, których dzieła również bez kłopotu odróżniamy od innych utworów artystycznych: Rembrandt, Goya, Rodin, Picasso, Moore … Czy oznacza to, że rzeźby Ambroziaka są produkowane od lat bez zmian, jak produkuje się łatwo rozpoznawalne wyroby słynnych manufaktur fajansu czy porcelany z Delf albo Miśni? Nie – artysta tworzy swe dzieła po to, by podejmować nimi coraz to nowe, nurtujące go sprawy, z nadzieją na zwrócenie na nie także naszej uwagi. Jak to możliwe, że powołując te łudząco do siebie podobne istoty, artysta otwiera kolejne zakresy znaczeniowe? Kiedy artysta podejmował we wczesnych pracach tematykę religijną („Ofiara Izaaka”, „Kuszenie św. Antoniego”, „Św. Szczepan”), znaczenie gestów było czytelne w kontekście znanej skądinąd historii. Od dawna już jednak nie możemy wobec prac artysty posiłkować się tego rodzaju wparciem.
Ambroziak przedstawia – a więc stawia przed sobą i przed nami – figury człekokształtne. Nie są to wizerunki ludzkie. Przypominają nas jednak bardziej niż kogokolwiek innego. Przez wieki rzeźbiarze przedstawiali człowieka – bohatera Biblii, mitologii, historii. Potem zaczęli ludzkie postaci przeobrażać. Powstały postaci kubistyczne, ekspresjonistyczne, konstruktywistyczne itd., wyobrażenia istot ludzkich w określonym stylu, tytułowane często „Siedząca”, „Kobieta z dzieckiem” albo jedynie „Postać”. Natomiast figury Ambroziaka nie są artystycznie zdeformowanymi ludźmi, lecz wyraźnie innymi istotami. Postaci te nie tworzą jednak osobnego gatunku, jak małpy czy kinowi mieszkańcy obcych cywilizacji. Z figurami Ambroziaka odczuwa się jakiś rodzaj pokrewieństwa. Ich pozy, gesty, zachowania odbiera się jako zbliżone czy wręcz takie same jak nasze. Nie mają jakichś lepiej czy gorzej od nas rozwiniętych umiejętności. Nigdy nie robią niczego, czego byśmy już wcześniej nie czynili. Nie żyją w innym niż nasz świecie. Tak przynajmniej było dotąd. Od paru lat postaci te poddawane są osobliwym działaniom, niekiedy dyskretnym, niekiedy dobitnym.
Przedstawił artysta postaci leżące na plecach. Ich rozmiary, niewielkie w porównaniu z innymi pracami, sugerują przedstawienia dzieci. Przypuszczenie to współgra z zachowaniem się figur, gdyż wydaje się, iż właśnie upadły na plecy w trakcie swawolnego baraszkowania, „nakrywając się” nogami. Zarazem jednak manifestujący się zazwyczaj w beztroskiej zabawie indywidualizm nie dochodzi do głowu, ponieważ pozy są powtórzone u kilku figur. Wydaje się to śladem nie tyle wywrócenia się przez postaci, co położenia ich jedna obok drugiej – w pozie nie wynikłej z gwałtownego ruchu, lecz nadanej. Kiedy się upada, to nogi są podniesione najwyżej wówczas, gdy głowa przywiera do podłoża (mają wtedy fizyczne w nim oparcie). Tu jednak nogi są w takiej pozycji jednocześnie z głową uniesioną. Powstaje przez to sugestia, że nie są one uchwycone w chwilowym wyrzuceniu w górę, po którym natychmiast opadną w dół (analogicznie do ułożenia ręki dyskobola w słynnej rzeźbie Myrona), lecz w tej pozycji utrzymywane. Bolesny wymiar pozy wynika z unieważnienia jakiegokolwiek związku między nią a wolą postaci. Postaci nie mają oczu, w których już w starożytności widziano odblask ducha. Są one jedynie „pozami”.
Z pozą – z definicjji – wiąże się zawsze jakiś wyraz. Po to się pozę przybiera, by z jej pomocę wydobyć znaczenie. Jaki wyraz zatem mają pozy nadane tym małym postaciom? Śledząc znaczenia zawarte w formie dzieła zawsze ryzykuje się dokonanie nadużycia, czyli przekroczenie granicy, poza którą znaczenia się projektowane, kiedy zaczyna się widzieć w postaciach już tylko to, co chce się dostrzegać z takich czy innych, mniej lub bardziej ideologicznych powodów. Ponieśmy jednak to ryzyko, choćby po to, by dokonując nadużycia wyjawić jego naturę i dynamikę. To nie są wyobrażenia embrionów (mają na to zbyt długie kończyny)[1]. Są to rzeźby, które budzą z nimi skojarzenia, ale zarazem mają już ostateczne ukształtowanie właściwe dla rzeźb artysty. Unaocznione zostaje w ten sposób arcydzielnie, że nie ma istotowej różnicy między embrionem a narodzonym człowiekiem.
Figurom położonym towarzyszą figury podwieszone na linach do sufitu. W odniesieniu do rzeczy, np. żyrandola, określenia „podwiesić” czy „powiesić” wydają się wymienne. Nie brzmi niczym szczególnym również zwrot, że „rzeźba została powieszona na ścianie”, jak, przykładowo, krucyfiks w kościele. Jednoznacznym jest natomiast zdanie „postać została powieszona”. A czy nie jest tak, że w pracach Amroziaka widzimy jednocześnie rzeźby i postaci, a nie najpierw rzeźby, a dopiero potem postaci?
Postaci są ujęte „w tej samej” pozie, co figury leżące. Wprowadzona w nowy kontekst przestrzenny ma ona wszak inny wyraz. Podwieszone zostały dwie postacie sklejone ze sobą plecami. Gdyby były zwrócone do siebie, o wiele silniejsze byłoby wrażenie, że się wspólnie unoszą (jak w teatrze przymocowani linami aktorzy udający olimpijskich bogów). Głowy postaci nie wyrażają aktywności, ale zwieszone na piersi – bezwład. Cechy te oddalają możliwość określenia figur „wiszącymi”. Słowo to bowiem nie wyklucza aktywności ze strony wiszącego. Można wisieć na trzepaku, co oznacza, że się celowo utrzymuje pozę. Z drugiej strony nie są te postaci obrazem martwoty, przynajmniej takiej, jaka bije od kurczaków zawieszonych na hakach sklepie rzeźniczym. Mają podkurczone nogi. Bezwład głów współistnieje zatem z jakimś śladem wysiłku utrzymywania ich w takiej pozycji. Budzą skojarzenia z embrionami. Nie są jednak prezentacją ich trójwymiarowego modelu, lecz obrazem udreczonego życia.
Kiedyś zajmowały artystę ogólne, uniwersalne rysy bytowania: samotność, opłakiwanie, pomoc. Dziś tematyka, nie mniej powszechna, zawiera silniejszy potencjał krytyczny wobec rzeczywistości: artysta pyta – dlaczego nie obchodzą nas dzieci. Uderzające jest w wyrazie tych postaci przede wszystkim to, że zostały wprowadzone w stan pod każdym względem nienaturalny, nie wywiedziony ze sposobu poruszania się, z jakiegokolwiek zrozumiałego zachowania się, przeciwny życiu. Skojarzenia z embrionami i ich udręczone pozy stają się źródłem doznania: mimo że możliwość obejrzenia wyglądu człowieka przed narodzeniem jest nieporównywalnie większa dzięki coraz doskonalszym, niemal jak rzeźby trójwymiarowym zdjęciom, u wielu nie wzbudza to żadnej empatii. Wyzbyta melancholii, ckliwości, upiększania – mocna sztuka.
[1] Nie ma racji Krzysztof Stanisławski pisząc, że „Ambroziak starał się wyrzeźbić embriony”. K. Stanisławski, Sylwester Ambroziak, Orońsko 2011, s. 158.
