Magdalena Ujma
„Brzydota, ironia, czułość”, katalog „Sylwester Ambroziak. Rzeźba”, Galeria Manhattan, Łódź 12.1996 – 01.1997
Czy brzydota w sztuce coś jeszcze oznacza? Czy jest tylko dowodem braku wiary? Próbą zbliżenia się do prawdy życia? Do takich pytań prowokować mogą rzeźby Sylwestra Ambroziaka. Nie są one ładne, co więcej – są wręcz prowokacyjnie brzydkie. A jednocześnie jakby nie zdają sobie one sprawy, że uznać je można co najwyżej za karykatury doskonalszych stworzeń. Wyrzeźbione ciała, zdeformowane przez nienaturalne proporcje, sprawiają wrażenie jakby należały do istot pokracznych, prymitywnych, niedojrzałych albo nie w pełni rozwiniętych. Krótkie, szeroko rozstawione nóżki, długie, goryle ręce, wydłużone korpusy i olbrzymie, jakby za ciężkie głowy. Tak wyglądają ciała dziecięce albo kalekie. Deformacja zbliża te ciała do przedstawień groteskowych, czyni je pośrednikami ekspresji.
Jednakże ekspresja ta płynie od rzeźbiarza, została przez niego zaplanowana i narzucona. Prace Ambroziaka można natychmiast rozpoznać dzięki wyrazistej stylizacji. To ona – emocja narzucona materiałowi – przemienia zwykły kawałek drewna w obraz postaci ludzkiej poddanej ciśnieniu egzystencji. Stylizacja ujednolica, ciśnienie jest tak silne, że nie liczą się konkretne historie i indywidualne rysy. Przewija się tu ciągle jedna i ta sama postać, a właściwie – dwie, czasami trzy figury. Występują pojedynczo i zbiorowo, zawsze w przemyślanych kompozycjach. Ambroziak ma całkowitą świadomość tego, co chce osiągnąć. Zna materiał, wie, jak zrównoważyć najbardziej karkołomną kompozycję, zarówno tak prostą, że zdawałoby się banalną, jak i barokową w swej dynamice. Chetnie operuje kontrastami światłocienia, stosuje ażury. Forma tych rzeźb jest zawsze urozmaicona, niespokojna. Faliste linie kompozycji dążących ku pionowi, biegnące ukośnie, dynamizują nawet statyczne, proste, pewnie stojące formy. Ale jedno trzeba podkreślić przede wszystkim: rzeźby te są figuralne.
A przecież Ambroziak zadebiutował w końcu lat osiemdziesiątych, kiedy wyczerpaniu uległa figuracja Nowych Dzikich, a wielu znaczących młodych twórców uznało, że możliwości wyrazu tego typu sztuki nie odpowiadają ich zainteresowaniom. Symbolizować tę przemianę ma spektakularny gest Krzysztofa Bednarskiego. Spalił on własną, znaną pracę „SKRAM LORAK” (z głową Karola Marksa), tendencję taką jednak dało się zaobserwować powszechnie. Grzegorz Klaman przestał wyciosywać monumentalne postacie z kloców drewna, Mirosław Bałka zainteresował się estetyką post-minimalistyczną. Tym bardziej znaczący wydaje się wybór Ambroziaka. W momencie, gdy gremialnie odchodzono od postaci – on przy niej pozostał.
Trudno jest powiedzieć coś od siebie rzeźbiąc człowieka. Świadomie czy nie – grzęźnie się od razu w odwołaniach do przeszłości. Przez wieki przecież rzeźba była wyłącznie figuratywna. Nie mam na myśli ornamentu – ten bowiem zaliczyć należy do dekoracji. A zatem wybór Ambroziaka to podjęcie ryzyka bycia nieoryginalnym, eklektycznym. To zarazem przyznanie znaczenia pamięci.
Nie jestem zdania, że tylko przedstawiając ludzi artysta może mówić konkretnie i precyzyjnie w odróżnieniu od twórcy zajmującego się abstrakcją czy przedmiotami. Figury Ambroziaka nie mówią o sprawach poszczególnych osób. One wcielają odwieczne problemy uniwersalne doświadczenie ludzkości, aktualne i u początku istnienia cywilizacji, i w dobie jej schyłku. Cierpka uwaga Mircei Eliadego o tym, że historia nic nas nie nauczyła, potwierdza ich istnienie, ale przecież nikogo nie trzeba do tego przekonywać. Te archetypiczne treści ujawniają się nie tylko dzięki przywiązaniu Ambroziaka do figury. Potwierdzają je forma rzeźb, ich materiał, tematyka.
Bohaterowie tych prac poddawani są nieustannym próbom. To prastare doświadczenie utrwalone zostało w mitologiach i świętych księgach z różnych obszarów kulturowych. Ambroziak sięga do obszaru śródziemnomorskiego, a zwłaszcza do judaizmu i chrześcijaństwa (Szczepan, 1990; Pietŕ, 1992; Kuszenie świętego Antoniego, 1989; Adam i Ewa, 1988; Ofiara Izaaka, 1989). Co ciekawe, bohaterowie wyłaniając się z praczasów zachowują się jak ludzie współcześni. Doświadczenie różnicy płci wyraziło się w ich silnym nasyceniu erotyzmem, a zetknięcie ze złem symbolizowały nienaturalne, konwulsyjne pozy (Kuszenie świętego Antoniego; Ofiara Izaaka), nadekspresyjna, choć schematyczna mimika – szeroko otwarte usta, wypukłe oczy (Szczepan) lub rezygnacja i ciche łzy (Kobieta płacząca, 1991). Brzydota twarzy i ciał – eksponowana bez skrępowania – każe myśleć o grzechu pierworodnym, ale i o stanie naturalnej niewinności.
Sztuka – pisał Josif Brodski – rozwija się linearnie. Artysta przejmuje zdobycze poprzedników i nasyca je swoimi znaczeniami. Rzeźby Ambroziaka przywołują na myśl… rzeźbę klasyczną. Jej tematy i schematy kompozycyjne zostały oddane w okrutnej karykaturze. Czego więcej można żądać od artysty w czasie, w którym przestała obowiązywać triada platońska? Występują tu bowiem i pojedyncze postacie stojące w lekkim wykroku – jakby nieudanym kontrapoście (Kobieta stojąca, 1992, Człowiek, 1992), a także układy dwu- i trójpostaciowe: spokojne – złożone ze stojących obok siebie figur (Adam i Ewa, 1988); oraz dynamiczne – wzbogacone splotami giętkich kończyn (Mężczyzna niosący kobietę, 1991). Walory światłocieniowe tych grup rzeźbiarskich – bogata faktura, dająca wrażenie żywej tkanki; prześwity i głebokie cięcia – kojarzą się z rzeźbą hellenistyczną (choćby z… Grupą Laokoona).
Echa rzeźby antycznej występują w formie spotworniałej. To zarazem nawiązanie do wcześniejszych jeszcze dziejów rzeźby. Kobiety i mężczyźni o wielkich głowach wziętych z jakiegoś bestiariusza. W pradawnych mitologiach, w Sumerze, Asyrii, Egipcie bogowie mieli głowy i ciała zwierząt. W Grecji i Rzymie bogowie upodobnili się do ludzi, ale zwierzęta ich nie opuściły towarzysząc im jako atrybuty.
Także deformacje ciała pochodzą z inspiracji innych niż klasyczne. Krótkie nóżki, wydłużone kopusy, wielkie głowy miały przecież rzeźby – jak to się ładnie nazywa – prymitywów. Pojęcie to obejmuje wszakże zjawiska tak różne, jak niesłychanie wyrafinowana rzeźba Czarnego Lądu czy Ameryki Prekolumbijskiej oraz ludowe świątki. A przecież te właśnie dzieła, zwłaszcza murzyńskie, dały impuls do wyłonienia się pierwszej awangardy. Ambroziak nie wielbi przesadnie ani sztuki dawnej, ani awangardowej. Nie opowiada się ani po jednej, ani po drugiej stronie. Podąża własną drogą. I nie przeszkadzają mu w tym wspomniane odwołania.
Jego rzeźby naznaczone są stygmatem popkultury. Łącznie z jej upodobaniami do wyróżniania się za wszelką cenę – często poprzez brzydotę, a także z jej pospolitością. Kobieta płacząca ma na głowie „irokeza” jak punk. Przesadne gesty wczesnych rzeźb pochodzą z arsenału zachowań idoli kultury masowej. Także przemycanie elementów obsceniczności, seksu pochodzi chociażby z estetyki rocka bądź filmów.
Postacie Ambroziaka zanurzone są we współczesności także i dlatego, że nie stronią od polityki. Polski Übermensch (1989) czy Jeździec Polski (Europa) (1991/93) z Orońska to kpina z polskiej mentalności, wyrozumiałej wobec działań na pokaz, uwielbiającej kłótnie z byle powodu, skłonnej do ulegania zawiści i złości. To także komentarz na temat naszego wkładu do kultury europejskiej. Chyba nie trzeba podkreślać, jak bardzo ironiczny.
Ale mimo skłonności do karykatury i ostrości widzenia, u Ambroziaka nie znajdzie się złośliwości. On doskonale zna słabostki swoich bohaterów, ale w nich właśnie widzi zaczyn czegoś wartościowego. To ironia połączona z czułością, z jakimi traktuje swoje rzeźby, stapia w jedność tę różnorodną mozaikę odniesień. Udowadnia, że czułość może być bezlitosna, a jednocześnie pełna akceptacji.
Brzydota symbolizuje przepaść dzielącą ludzi od bogów. Postacie Ambroziaka chodzą po ziemi, ale nieobca jest im tęsknota.
