krzysztof stanisławski _jubileusz w kontenerze__ katalog wystawy „home sweet home”_ fundacja nowa przestrzeń sztuki_ kielce 2015

Na marginesie wystawy Sylwestra Ambroziaka pt. HOME, SWEET HOME na Placu Artystów w Kielcach, niemal dokładnie 25 lat po jego pierwszej wystawie indywidualnej w warszawskiej Galerii Promocyjnej

pamięci Jacka Werbanowskiego

Ćwierć wieku temu, w lutym 1990, w Galerii Promocyjnej na Rynku Starego Miasta w Warszawie obejrzałem jedną z najlepszych wystaw rzeźbiarskich w tym znaczącym dla rozwoju młodej sztuki przełomu XX i XXI wieku miejscu, ale i w innych polskich galeriach, włącznie z Zachętą. Wystawę zamykającą niejako epokę Nowej ekspresji lat 80. i otwierającą, jak się wówczas wydawało, nowy etap polskiej transawangardy. Niestety, nadchodziły nowe czasy i o „nowych dzikich” wszyscy chcieli jak najszybciej zapomnieć.

Na zaproszenie nieodżałowanego Jacka Werbanowskiego, szefa Promocyjnej i redaktora założonego właśnie „Exitu”, a mojego kolegi z niedawno zamkniętej „Sztuki”, obie sale dawnego Krzywego Koła zajęły duże, drewniane, bardzo ekspresyjne, by nie rzec, krzyczące, rzeźby debiutanta, który rok wcześniej skończył warszawską Akademię. Jego dyplom wywołał skandal i niewiele brakowało, by szacowne grono profesorów odrzuciłoby jego rzeźbę jako dzieło nieobyczajne i bluźniercze. Młody artysta kończył „Kowalnię”, czyli pracownię Grzegorza Kowalskiego, z której wyszli koryfeusze tzw. sztuki krytycznej, czyli Katarzyna Kozyra i Artur Żmiejewski, którzy na skandalu oparli strategię swojego oddziaływania na odbiorców. Burze wywołane pracami Kozyry czy Żmijewskiego zostały skrzętnie opisane przez samych artystów i tym samym przeszły do historii sztuki najnowszej. O burzy związanej z dyplomowym „Kuszeniem św. Antoniego”, choć była zapowiedzą burz nadciągających, niemal zapomniano.

Ale powróćmy do Promocyjnej, gdzie znalazło się także „Kuszenie”, choć obok innych prac tu zgromadzonych, nowszych, dojrzalszych nie wzbudzało już zbyt dużych kontrowersji. Prace Ambroziaka wzbudzały szacunek, co na wystawach debiutantów jest raczej rzadko spotykanym uczuciem. Szacunek dla perfekcyjnej, klasycznej techniki i precyzji wykonania, kompozycji z jednej strony tradycyjnej, a z drugiej bardzo oryginalnej, śmiałej pod względem wymowy religijnej (tak, większość prac dotykała motywów biblijnych) i obyczajowej.

Pisał Werbanowski na łamach „Perspektyw”: „Jednym z bardziej interesujących i – moim zdaniem – rokujących duże nadzieje jest ubiegłoroczny absolwent warszawskiej ASP – Sylwester Ambroziak.

(Wcześniej Jacek wymienił kilku innych znaczących artystów, m. in. Grzegorza Klamana, Krzysztofa Bednarskiego i Mirosława Bałkę, dziś klasyków polskiej sztuki współczesnej – przyp. KS).

Realizowane przez niego (Ambroziaka – przyp. KS) rzeźby, powstające najczęściej przy wykorzystaniu polichromowanego, grubo ciosanego drewna, budzą emocje u oglądającej je publiczności. Artysta nawiązuje do prostych i być może dlatego zapomnianych wzorców ikonograficznych”.

Nie pisałbym tak dużo o moim pierwszym zetknięciu z twórczością Sylwestra Ambroziaka, ani nie cytował redaktora Werbanowskiego, gdyby nie fakt, że wystawa w Kielcach odbywa się dokładnie ćwierć wieku po debiucie artysty, oraz że stanowi wyraz konsekwencji w rozwijaniu głównych wątków formalnych i tematycznych, realizowanych od 25 lat. To oczywiście całkowicie samodzielny, odrębny projekt, ale – niech mi będzie wolno wyrazić własną opinię krytyka, śledzącego tę twórczość tak długo – stanowi także pewne podsumowanie, rekapitulację, dopełnienie wszystkiego, co Ambroziak stworzył przez dwie i pół dekady.

Natomiast słowa Jacka Werbanowskiego można uznać za prorocze: Ambroziak jest dzisiaj jednym z najważniejszych polskich rzeźbiarzy współczesnych, nie dorównującym, być może, zwłaszcza w obiegu międzynarodowym, statusowi Mirosława Bałki, ale spośród twórców debiutujących w latach 80. i na początku 90. XX w. można go sklasyfikować na najwyższym poziomie, na równi z najwybitniejszymi.

I jeszcze jedno, Werbanowski w swojej krótkiej recenzji zwrócił uwagę na dwie cechy, które do dzisiaj charakteryzują niemal każdą realizację Ambroziaka, także te umieszczone na wystawie HOME, SWEET HOME: to, że odwołują się do podstawowych dla naszej kultury, religii, obyczajowości wzorców, oraz, że odnoszą się przede wszystkim do emocji odbiorców.

W ciągu ćwierćwiecza artysta przeszedł od klasycznej polichromowanej rzeźby drewnianej (np. wczesny ekspresjonistyczny „Pies”, 1985/86 czy „Głowa”, 1985 oraz seria dzieł z Promocyjnej czy „Kobieta i mężczyzna”, 1996, znajdująca się w kolekcji Doroty i Tomasza Tworków) ku brązom, w tym realizacjom monumentalnym, o formatach pomnikowych (np. „Jeździec polski”, 1991-94 w kolekcji Ambry ), poprzez rzeźby żeliwne („Kobieta stojąca”, 2010), ceramiczne (np. „Mężczyźni”, 2004, cykl „Niewiniątka”, 2009, czy „Szklane paciorki”, 2011, oraz wybitny cykl z masy szamotowej „Chłopcy i dziewczynki (upadek), 2009), jak również odlewane z betonu i wykuwane w piaskowcu (np. „Laleczka stojąca na głowie”, 2007). W 2007 powstały pierwsze prace z zastosowaniem masy silikonowe (np. wybitne „Niewiniątka”, stojące i przykucnięte oraz leżące na stosie, pokazane po raz pierwszy znów w Galerii Promocyjnej u Jacka Werbanowskiego, który cały czas uważnie śledził twórczość Ambroziaka). A w 2009 monumentalne rzeźby z wykorzystaniem żywic epoksydowych (wśród nich kultowe już „Laleczki” o wysokości 3 metrów). W tej trudnej, bardzo pracochłonnej i po prostu niezdrowej dla artysty technologii powstała większość prac z lat 2009-15, także tych na wystawie HOME, SWEET HOME. Umożliwiła ona jednak twórcy realizację rzeźb dużoformatowych, trwale polichromowanych, tzn. wytrzymujących zewnętrzne warunki atmosferyczne, w końcu, dzięki lekkości materiału, pozwalających na ich podwieszanie oraz mobilność. Powstały więc rozbudowane cykle, prezentowane jako instalacje, także z towarzyszeniem dźwięku, a ostatnio także ruchu – począwszy od prostego, powolnego wirowania rzeźb w cyklu „Opuszczone” (2010) do bardziej skomplikowanych działań mechanicznych. Rzeźbiarz stał się więc także po trosze mechanikiem, inżynierem, przynajmniej na poziomie pomysłu, który realizują już fachowcy. Pod bacznym okiem artysty.

Twórca mówił i mówi za pomocą różnych technik, materiałów, tradycji technologicznych, poetyk (swoją drogą, imponująca jest ta różnorodność…). Mówi jednak tymi różnymi językami – w końcu – to samo. Wciąż i od początku.

Rzeźbiarz stał się także w pewnym momencie filmowcem, a właściwie pomysłodawcą i współtwórcą eksperymentalnych animacji, które, biorąc pod uwagę klasyfikację gatunkową, są właściwie częścią filmu i kinematografii, ale bardzo blisko związaną ze sztuką, by nie rzec, że stanowią jej istotną część. W latach 50. i 60. XX wieku animacja polska, znana i doceniana na całym świecie, była bliźniaczą siostrą grafiki i plakatu, dziś, w przypadku filmów Ambroziaka bliźniaczego związku filmu z rzeźbą.

W pierwszym filmie pt. „Pokój” mamy do czynienia z animacją lalkową w przestrzeni 3D. Rzeźby Ambroziaka, a właściwie projekty rzeźb, przygotowane specjalnie na potrzeby filmu, zostały zeskanowane za pomocą specjalnego skanera 3D i ich wirtualny obraz poddano animacji komputerowej, wykorzystującej jednak tradycyjną technikę lalkową.

Autorem animacji, powstałych w oparciu o ideę i projekty rzeźbiarskie Sylwestra Ambroziaka, jest Grzegorz Stępniak, malarz, scenograf, tworzący interaktywne wizualizacje 3D, absolwent Wydziału Malarstwa oraz Multimediów ASP w Warszawie.

Anonimowi bohaterowie „Pokoju” to istoty Ambroziaka, najbliżej im do wiszących „embrionów” cyklu „Opuszczone”: mają zbliżony wygląd, barwę ciała, choć już nie kształt głowy czy wyraz twarzy. W cyklu rzeźbiarskim nie są tworami pozbawionymi oczu i ust, w filmie tak – mają twarze jak „tabula rasa”, jakby okryte maską, „pończochą”, neutralne, bez możliwości jakiejkolwiek mimiki, wyrażania uczuć, wypowiedzi, płaczu. Jednak płaczą.

Drugi film powstał w 2011 we współpracy z tym samym animatorem. O ile jednak pierwszy składał się właściwie z jednej sekwencji z kilkoma ujęciami, o tyle w drugim mamy do czynienia z czterema rozbudowanymi sekwencjami, z kilkuwątkową narracją obrazowo-sytuacyjną, z wieloma zróżnicowanymi bohaterami. To film bogatszy, dużo dłuższy, bo ponad 16-minutowy, wprowadzający elementy koloru, z rozbudowaną warstwą muzyczną

Trzeci film stanowi animowaną rekonstrukcję performance’u Ambroziaka z 1984 pt. „Ja też Barabasza”, przeprowadzonego na ASP w Warszawie. To też znamienne, że ten film znajduje się na wystawie, to zaznaczenie, że artysta swoim najnowszym dziełem, czyli ogromną instalacją multimedialną HOME, SWEET HOME powraca do swoich pierwocin, do pierwszych działań. W tym przypadku mowa o akcji-performance sprzed 30 lat, a więc tym mocniejszy wydaje się wydźwięk jubileuszowy całego projektu.

Artysta powraca do swoich początków, do domu, proponując niezwykle skomplikowany, multimedialny pokaz najnowszych prac, częściowo umieszczonych w kontenerach. Proponuje też widzom, by na chwilę przystanęli, by zastanowili się nad światem wokół i sobą samymi, by zauważyli te proste, najprostsze, jak dekalog, wzory i zasady, jakimi powinniśmy się kierować na co dzień. Sztuka Ambroziaka stawia przed sobą także takie cele. Przypomina, choć może nie od razu chce wychowywać? Zawsze sobie takie cele stawiała i może dlatego jest tak ważka.

Wspomniałem na wstępie o znakomitej debiutanckiej wystawie Sylwestra Ambroziaka w Galerii Promocyjnej sprzed ćwierćwiecza, dziś w Kielcach prezentowana jest równie znakomita, najprawdopodobniej najważniejsza prezentacja multimedialnej instalacji rzeźbiarskiej Anno Domini 2015 w kraju.

HOME, SWEET HOME Sylwestra Ambroziaka.

Warszawa, sierpień 2015

Krzysztof Stanisławski